Lilith odchodzi

Urszula M. Benka

ŚWIETLISTE ZŁO
o fotografiach Patrycji Dołowy

„Lilith odchodzi” to bardzo szczególny pokaz fotografii i dogłębnie ważne wyzwanie artystyczne.


Bo tytułowa postać przynależy do najmniej znanych i zarazem najbardziej tajemniczych fundamentów kultury judeo-chrześcijańskiej. Nie pojawia się w kanonicznym zestawie opowieści, nawet apokryficznych, jej realność natomiast wiąże się z obszarami snu i nieświadomości, w jakich została rozpoznana.

Lilith, pierwsza żona Adama, odrzucona za brak posłuszeństwa i nieuległość erotyczną, odeszła z bólem; uosabia wolność pozbawioną codziennych radości, które pozostały przywilejem jej następczyni, Ewy. Lilith nie może rodzić. Staje się tym samym nieśmiertelna ale i jałowa, jej kreatywność znika – albo tak, jak w przypadku księżyca, który jest jej znakiem – ma swoje dwie przeciwstawne strony: jasną lecz zimną i odtwórczą (odbijającą cudze energie jak niewyobrażalnie wielkie lustro rzucone w mrok nocy), i stronę z samej swej natury niewidzialną dla patrzącego z ziemskiej perspektywy.

Lilith odeszła od Adama, jest demonem, tylko czasem przybywa w strasznych snach i wtedy jest śmiercionośna. Godzi w uśpione niemowlęta, mąci harmonię serc, oddala od siebie splecionych miłośnie kochanków. Dla Patrycji Dołowy aspekt „jałowej kobiecości" albo „pustej kreatywności”, kreatywności niewidzialnej, przezroczystej, ukrytej, wymykającej się doznaniu, jest ważny, bowiem intuicyjnie zdaje się wyczuwać, iż taka właśnie jest sztuka. Że dla sztuki piękno i forma, to jakby suknie i woale, które przecież jednak zrzuca się niekiedy oraz zmienia. Spoza materii piękna przeziera czasem zarys głębszych sensów.

Lilith odchodzi

Urszula M. Benka

ŚWIETLISTE ZŁO
o fotografiach Patrycji Dołowy

„Lilith odchodzi” to bardzo szczególny pokaz fotografii i dogłębnie ważne wyzwanie artystyczne.


Bo tytułowa postać przynależy do najmniej znanych i zarazem najbardziej tajemniczych fundamentów kultury judeo-chrześcijańskiej. Nie pojawia się w kanonicznym zestawie opowieści, nawet apokryficznych, jej realność natomiast wiąże się z obszarami snu i nieświadomości, w jakich została rozpoznana.

Lilith, pierwsza żona Adama, odrzucona za brak posłuszeństwa i nieuległość erotyczną, odeszła z bólem; uosabia wolność pozbawioną codziennych radości, które pozostały przywilejem jej następczyni, Ewy. Lilith nie może rodzić. Staje się tym samym nieśmiertelna ale i jałowa, jej kreatywność znika – albo tak, jak w przypadku księżyca, który jest jej znakiem – ma swoje dwie przeciwstawne strony: jasną lecz zimną i odtwórczą (odbijającą cudze energie jak niewyobrażalnie wielkie lustro rzucone w mrok nocy), i stronę z samej swej natury niewidzialną dla patrzącego z ziemskiej perspektywy.

Lilith odeszła od Adama, jest demonem, tylko czasem przybywa w strasznych snach i wtedy jest śmiercionośna. Godzi w uśpione niemowlęta, mąci harmonię serc, oddala od siebie splecionych miłośnie kochanków. Dla Patrycji Dołowy aspekt „jałowej kobiecości" albo „pustej kreatywności”, kreatywności niewidzialnej, przezroczystej, ukrytej, wymykającej się doznaniu, jest ważny, bowiem intuicyjnie zdaje się wyczuwać, iż taka właśnie jest sztuka. Że dla sztuki piękno i forma, to jakby suknie i woale, które przecież jednak zrzuca się niekiedy oraz zmienia. Spoza materii piękna przeziera czasem zarys głębszych sensów.

Co do mnie, mam wrażenie, iż o tym właśnie mówi niniejszy cykl; że wątek wolności i ambiwalentnego stosunku do mężczyzny (nawet szerzej – do męskości) są tutaj, pomimo świadomych drastyczności i świadomych poglądów młodziutkiej artystki, w jakimś sensie drugorzędne.


 

Mężczyzna rzeczywiście na fotografiach Dołowy pokazany jest jako „The One Who is bearing a Stone”, Ten, Który Dźwiga Kamień, co nasuwa skojarzenie z jałowością wysiłków Syzyfa. Nagi, rozkraczony, w agresywnych pozach zaprawionych groteskowym patosem. Dyktatorskie wzniesienie głowy, zaciśnięte, melodramatyczne położenie ręki na sercu pięści, skupienie na własnym fallosie. I także jako ten, kto ucieleśnia Integralność i Dezintegralność. Jest więc kimś, kogo Lilith porzuca właściwie mimowiednie, z kim kobieta wolna duchem i umysłem długo nie wytrzymuje, ponieważ go po prostu przerasta. Lecz nie w tym rzecz. Sama płeć nie jest tu kryterium. Artystka odwołuje się do głośnego dziś sporu, zainicjowanego przez feministki, czy mianowicie mężczyzna jest kreatywny, czy też właśnie wniósł bakcyle nadające jej w zmaskulinizowanej kulturze Zachodu ten bezpłodny rys – neurotycznej wynalazczości i zniecierpliwienia, urynkowienia kreacji i spłaszczenia piękna do ładności. Tak właśnie twierdzą feministki, a Dołowy jest tego świadoma i znakomicie rozumie ich argumentację.

Jest jednak przede wszystkim artystką w tym zestawie. Wybrała szczególną kolorystykę: jej fotografie są w odcieniach ziemistych, pełne plam. W gruncie rzeczy odtwarzają ciało i jego przemiany w czasie. Ciało starzeje się, blednie, wiotczej, pręży, poci. Zmienia barwy w chorobie i emocjach. Wreszcie, ciało zaczyna jaśnieć, jeśli strzeli w nim snop bioenergii. Wtedy czuje się aureolę. W części zatytułowanej „The She Creator Who is not a Mother” (Stwórczyni, która nie jest Matką) tłem kobiety jest głuchy, brudny mur z cegieł. Kobieta jest ciasno związana. Rozkłada ramiona, przegina się na różne sposoby. Tutaj wolność jest oczywiście zakwestionowana, ale bez ideologicznych czy publicystycznych wręcz aluzji. Patrycja Dołowy raczej smakuje i uważnie bada, co się dzieje z psychiką w takim stanie – zniewolenia. Ano, dusza pragnie się podobać! Pragnie, by despota (mężczyzna?) uległ jej powabom. Genialne!

Lilith faktycznie obnaża to, co w psychice bywa drażniące i wstydliwe, chociaż jest rzeczywistością. Lilith daje odwagę, by buntowniczo zagłębiać się w te ziemiste, błotne, bagienne i zaklęte rewiry jaźni, jakich nie rozświetla żadne światło zewnętrzne, gdzie więc jesteśmy samotni – ale też tutaj właśnie, jak Dołowy pokazuje w części „About two of them” (O Nich Obu), można odnaleźć drugie ja i usłyszeć jakby dialog już, a nie tylko monolog wewnętrzny. I tutaj świat jaśnieje, w samym sercu ciemności, pojawiają się też jakieś rozlewiska blasku, oniryczne deformacje i symbole.

Cóż, kto odczytuje symbol, czyni to na własne ryzyko, w istocie bowiem zanurza się z głową w symboliczne błota swojej własnej, tragikomicznej wolności.

Co do mnie, mam wrażenie, iż o tym właśnie mówi niniejszy cykl; że wątek wolności i ambiwalentnego stosunku do mężczyzny (nawet szerzej – do męskości) są tutaj, pomimo świadomych drastyczności i świadomych poglądów młodziutkiej artystki, w jakimś sensie drugorzędne.


 

Mężczyzna rzeczywiście na fotografiach Dołowy pokazany jest jako „The One Who is bearing a Stone”, Ten, Który Dźwiga Kamień, co nasuwa skojarzenie z jałowością wysiłków Syzyfa. Nagi, rozkraczony, w agresywnych pozach zaprawionych groteskowym patosem. Dyktatorskie wzniesienie głowy, zaciśnięte, melodramatyczne położenie ręki na sercu pięści, skupienie na własnym fallosie. I także jako ten, kto ucieleśnia Integralność i Dezintegralność. Jest więc kimś, kogo Lilith porzuca właściwie mimowiednie, z kim kobieta wolna duchem i umysłem długo nie wytrzymuje, ponieważ go po prostu przerasta. Lecz nie w tym rzecz. Sama płeć nie jest tu kryterium. Artystka odwołuje się do głośnego dziś sporu, zainicjowanego przez feministki, czy mianowicie mężczyzna jest kreatywny, czy też właśnie wniósł bakcyle nadające jej w zmaskulinizowanej kulturze Zachodu ten bezpłodny rys – neurotycznej wynalazczości i zniecierpliwienia, urynkowienia kreacji i spłaszczenia piękna do ładności. Tak właśnie twierdzą feministki, a Dołowy jest tego świadoma i znakomicie rozumie ich argumentację.

Jest jednak przede wszystkim artystką w tym zestawie. Wybrała szczególną kolorystykę: jej fotografie są w odcieniach ziemistych, pełne plam. W gruncie rzeczy odtwarzają ciało i jego przemiany w czasie. Ciało starzeje się, blednie, wiotczej, pręży, poci. Zmienia barwy w chorobie i emocjach. Wreszcie, ciało zaczyna jaśnieć, jeśli strzeli w nim snop bioenergii. Wtedy czuje się aureolę. W części zatytułowanej „The She Creator Who is not a Mother” (Stwórczyni, która nie jest Matką) tłem kobiety jest głuchy, brudny mur z cegieł. Kobieta jest ciasno związana. Rozkłada ramiona, przegina się na różne sposoby. Tutaj wolność jest oczywiście zakwestionowana, ale bez ideologicznych czy publicystycznych wręcz aluzji. Patrycja Dołowy raczej smakuje i uważnie bada, co się dzieje z psychiką w takim stanie – zniewolenia. Ano, dusza pragnie się podobać! Pragnie, by despota (mężczyzna?) uległ jej powabom. Genialne!

Lilith faktycznie obnaża to, co w psychice bywa drażniące i wstydliwe, chociaż jest rzeczywistością. Lilith daje odwagę, by buntowniczo zagłębiać się w te ziemiste, błotne, bagienne i zaklęte rewiry jaźni, jakich nie rozświetla żadne światło zewnętrzne, gdzie więc jesteśmy samotni – ale też tutaj właśnie, jak Dołowy pokazuje w części „About two of them” (O Nich Obu), można odnaleźć drugie ja i usłyszeć jakby dialog już, a nie tylko monolog wewnętrzny. I tutaj świat jaśnieje, w samym sercu ciemności, pojawiają się też jakieś rozlewiska blasku, oniryczne deformacje i symbole.

Cóż, kto odczytuje symbol, czyni to na własne ryzyko, w istocie bowiem zanurza się z głową w symboliczne błota swojej własnej, tragikomicznej wolności.